Jezus uciszył burzę w moim sercu

Ulice Warszawy zza szyby jadącego autobusu miejskiego były tego dnia jakby bardziej odświętne za sprawą słońca, które rzucało swoje pierwsze wiosenne promienie. Nawet nie wiem jaki to był dzień roku 1990. Jechałam na zajęcia języka angielskiego i było mi jakoś smutno. Patrząc na ludzi za oknem zdałam sobie sprawę, że każdy z nich ma swoje własne życie, rodzinę, przyjaciół, swoje problemy, radości i smutki. A ja studentka I roku studiów na wydziale biologii UW mam znaleźć swoje miejsce w tym świecie. Świadomość posiadania 20 lat życia prowokowała pytanie: ”Baśka! I co ty takiego osiągnęłaś w życiu?” I nagle pojawiło się w sercu jakieś nieokreślone pragnienie. Pomyślałam o Jezusie, który na serio zaczął się liczyć w moim życiu dopiero w klasie maturalnej. To pragnienie zaczęło przybierać kształt tęsknoty za Nim, poczułam, że moje serce jest gotowe do kochania Jezusa w sposób właściwy zakochanym. To było dziwne uczucie, które coś zmieniło we mnie.

Gdy wysiadłam z autobusu nie poszłam na zajęcia tylko kroki swoje skierowałam do kościoła Krzyża Świętego. Po krótkiej adoracji wiedziałam, że muszę zrobić coś radykalnego, coś co wymagałoby zdania się całkowicie na Boga. Następna rzecz, którą uczyniłam to był telefon do domu, że chcę rzucić studia. Sama nie wiedziałam skąd pojawiła się we mnie ta decyzja, ale miałam przeświadczenie, że jest ona wpisana w plan Boży względem mnie, że muszę tylko zaufać a Jezus wskaże mi co dalej.

Po wpływem prośby rozpłakanej mamy wstrzymałam decyzję wycofania dokumentów i przyjechałam do domu. Rodzice wymogli na mnie, żebym przystąpiła do sesji egzaminacyjnej i dopiero potem podjęła ostateczną decyzję. Zgodziłam się. Byłam pewna, że Pan Bóg da mi poznać swą wolę wcześniej czy później. Pojechałam w czasie ferii na rekolekcje, ale to nic nie zmieniło, tzn. nie uzyskałam “odpowiedzi”.

Po powrocie bez większego przygotowania przystąpiłam do egzaminów i z wyraźną Bożą pomocą wszystko zaliczyłam. Nie wiedziałam co o tym sądzić i w końcu poddałam się. Modliłam się: “Panie Boże, Ty wiesz, że chcę pełnić Twoją wolę. Tylko jaka ona jest względem mnie? Daj mi ją poznać, bo dłużej nie wytrzymam tego ciągłego szukania i tej ciągłej niepewności!” Jednak wytrzymałam do następnej sesji, a konkretnie do egzaminu z zoologii, który zawaliłam. Nie przejęłam się zbytnio, gdyż na tym jeszcze świat się nie kończy, zawsze jest szansa poprawki. Poszłam na film o gorylach. I przez dwie godziny wczuwałam się w los zagrożonych małp i ich badaczki, która ostatecznie została zamordowana.

Po seansie opanowało mnie uczucie strasznej apatii połączone z intensywnym płaczem, którego podłoża nie potrafiłam określić. Było mi tak źle i czułam tak silną potrzebę pocieszenia, że swoje kroki skierowałam do klasztoru kapucynów, w którym brałam udział w spotkaniach grupy Młodzieży Franciszkańskiej. Spotkanie z ojcem Piotrem było krótkie ale bardzo owocne. Kilka pytań, kilka odpowiedzi, wiele łez. Najważniejsze było to: “Basiu! Kim dla ciebie jest Jezus?” To był klucz, choć wtedy tego nie wiedziałam. Odpowiedź była niejednoznaczna: “Jest Kimś, kto jest bardzo daleko, a chciałabym, żeby był tak bardzo blisko.”

Kolejne egzaminy zdawałam w wielkiej duchowej ciemności i cierpieniu wewnętrznym. Mój emocjonalny kryzys był bardzo widoczny  i trwał około miesiąca. Nic mnie nie cieszyło. Nie chciało mi się rozmawiać, szukałam samotności i dużo spałam, w końcu nie miałam siły nawet płakać. Długo nie potrafiłam się przyznać przed sobą, że kiełkuje we mnie powołanie zakonne. Ale kiedy przyjechałam na wakacje do domu to na pytanie zatroskanej mamy odpowiedziałam: “Wydaje mi się, że mam powołanie”. Na drugi dzień okazało się, że muszę znów pojechać do Warszawy, gdyż zapomniałam zdać kwit pobranego sprzętu do pokoju w akademiku.

W czasie podróży pociągiem zdecydowałam, że muszę sprawdzić czy rzeczywiście Jezus mnie wzywa do swojej służby. O. Piotr zaproponował mi odwiedzenie któregoś z domów zakonnych. Spośród znanych mi różnych sióstr zakonnych dokonałam selekcji. Z miejsca odrzuciłam siostry bezhabitowe i zakony maryjne. Następnym kryterium był wygląd habitu, nie mógł być zbyt elegancki. Najbardziej odpowiednie wydały mi się Siostry Kapucynki pochodzące z Włoch. Ojciec Piotr zaraz skontaktował się klasztorem w Lublinie, gdzie miały swój domu i następnego dnia rano siedziałam już w pociągu do miasta którego wcale nie znałam.

W Lublinie udało mi się dotrzeć do klasztoru kapucynów, ale nie było komu mnie zawieść do sióstr. Pojechałam sama, długo błądziłam, a kiedy w końcu dotarłam, okazało się że nie mogę u nich zostać na noc, gdyż nazajutrz opuszczają Polskę. Na domiar wszystkiego bardzo mi się tam podobało, ale nie umiałam powiedzieć Matce Generalnej, że odczytałam głos powołania zakonnego w swoim sercu. Byłam całkowicie załamana i chociaż miałam jechać na dworzec autobusowy, aby wrócić do domu, to zdecydowałam pociągiem wracać do Warszawy. Szłam przez Lublin i płakałam, patrzyłam tylko na linie elektryczne, aby nie zgubić trasy trolejbusu, którym wcześniej przyjechałam Nie potrafiłam zdefiniować co czuję, ale była to coś w rodzaju rozpaczy. Nic nie rozumiałam ani z zaistniałych okoliczności, ani ze stanu swoich uczuć. Wiedziałam jedno, że nie mogę w takim stanie wrócić do domu. Jedynym wyjściem było szukanie noclegu u sióstr, które pracowały w klasztorze kapucyńskim w Warszawie.

O godz. 22.30. zapłakana stanęłam przed furtą klasztorną. Brat, który mi otworzył, widząc mój stan, bez słowa komentarza zaprowadził mnie do rozmównicy i wezwał o. Piotra. Miałam tylko dwie prośby: coś zimnego do picia i możliwość przenocowania. Nie miałam siły mówić, oczom zabrakło już łez, choć serce dalej płakało. Za chwilę pojawiła się siostra Ania i zabrała mnie do pokoju gościnnego i przyszykowała posłanie. Była bardzo radosna, bardzo miła i życzliwa, ale to nie miało dla mnie większego znaczenia. Spałam mocno, bardzo “ciężkim snem”, który jednak nie daje poczucia relaksu. Gdy rano otworzyłam oczy, poczułam w sobie ciszę, taką ciszę jak po burzy. Odczuwałam ciężar przeżyć dnia poprzedniego, ale gdyby ktoś zapytał mnie, co czuję , powiedziałabym: “Nic”.

Siostra Ania dopilnowała, żebym poszła na Mszę świętą, zjadła śniadanie, zatroszczyła się, aby odwiedził mnie o. Piotr. Patrzyłam na to wszystko i byłam coraz spokojniejsza, jakby “utulona”. Zauważył to ojciec i tylko uśmiechał się słysząc namowy siostry Ani, żebym została jaszcze dzień i poznała młode siostry, które mają wrócić ze zjazdu junioratu. Zgodziłam się, bo czułam że nie znalazłam się tu przypadkowo. Byłam w domu zakonnym sióstr bezhabitowych Córek Serca Maryi, a więc w miejscu, którego sama nie wybrałabym sobie. Wiedziałam, że wybrał je Pan.

Dzień był piękny – sobota poświęcona Najczystszemu Sercu Maryi. Po przyjeździe ze Skórca “stokrotek” ( jak mówiła o juniorystkach s. Ania) odbyła się ceremonia palenia serc, w której brałam czynny udział. Na moim papierowym serduszku odczytałam słowa bł. O. Honorata: “Tu nas Pan Bóg chce mieć, więc tu pracować będziemy”. Serdeczna atmosfera we wspólnocie sióstr, prostota ich życia, piękno oddania się Jezusowi ukryte za zwyczajnym strojem, utwierdziły mnie w przekonaniu, że tu jest moje miejsce.

Wakacje za radą Ojca Piotra spędziłam według wcześniejszych planów: praktyki terenowe, kolonie dziecięce i pielgrzymka do Częstochowy. Dopiero w końcu sierpnia przyjechałam do sióstr i powiedziałam o swoim pragnieniu wstąpienia do Zgromadzenia Sióstr Sercanek. W dwa dni później z plecakiem i tobołkiem z pościelą, po trudnym pożegnaniu z najbliższymi (mama płakała, tato przeklinał, a brat pukał się w czoło) przekroczyłam próg domu zakonnego jako kandydatka. Od tego momentu minęło już 13 lat i ani razu nie żałowałam swojej decyzji i nie miałam wątpliwości, że moim powołaniem jest  służyć Jezusowi w Zgromadzeniu Córek Najczystszego Serca Najświętszej Maryi Panny. Jestem wdzięczna Bogu za dar powołania i ufam, że dzięki Jego łasce wytrwam do końca.

s.Basia